Podgoń, to nie dopadną Cię deszcze
RSS
wtorek, 15 maja 2012
Hangover

Nagle zaczynam rozumieć. Wiem już, co spieprzyłam, wiem, gdzie się pomyliłam, gdzie zrobiłam krzywdę sobie i innym. Wiem, w którym momencie nie czułam nic, gdy powinnam była i kiedy za dużo było emocji tam, gdzie nie było na nie miejsca.

I nadal popełniam te same błędy. Budzę się rano, a raczej gdzieś popołudniu i powtarzam, nabijając się z moich demonów: "Od dzisiaj będę lepszym człowiekiem". Kaca leczę przez 2 dni, żeby nie było, że po mnie spływa:)

Chodzi o to, żeby bolało i żeby było na kogo zwalić winę. Żeby można było powiedzieć: "buuuu" gdzieś w środku zimnego poniedziałku, żeby mi wiatr potargał włosy i żebym odczuła ciężar własnego obolałego ciała gdzieś na jakichś zbyt stromych schodach. Żeby mi żadna "kurwa" z ust nie uciekła, niema, niewypowiedziana. Szkoda by było.

Jest jeszcze mnóstwo głupich rzeczy, które zrobię. Przede mną tysiące jeszcze takich poranków, jakie miewałam przez ostatnich kilka miesięcy. Powoli nawet sama przed sobą przestaję się z tego wszystkiego tłumaczyć. 

A leć, głupia, biegnij. Niech nic bardziej wszawego, niż ten poniedziałek nigdy cię nie zatrzymuje. Całą resztę przetrwamy. 

Pewnego dnia wstanę i będę lepszym człowiekiem:)

00:12, funfeel
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2012
Dziewczynka z zapałkami

Twarz miała wykrzywioną, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem. Ręce puszczone bezwładnie wzdłuż tułowia, pewnie wszystko z nich powypadało wprost na chodnik. Nie tak miało być, nie tak chciałaś?

Nie pozbierała swoich rzeczy, nawet się po nie nie schyliła. To nie tak, że jej nie zależało, po prostu w składaniu rzeczy zawsze była kiepska. Nie umiała szyć ani szydełkować, jej samoloty z papieru nigdy nie latały, a jej włosy żyły w swoim własnym świecie, niepodatne na starania jej nieporadnych rąk. Więc je puściła, tak po prostu, wzdłuż ciała. 

Stojąc tak, nie ukłoniła się sąsiadce, która przeszła koło niej, dźwigając ciężkie siatki z zakupami. - Dziecko, deszcz pada, zmokniesz.

Zmokła, pierścionki pospadały z jej za długich palców - brylanty na chodniku, kto by się nie schylił? Rzeczy upuszczane na ziemię tracą część swojej wartości. Śmiałaby się w skupie jubilerskiego złomu, odbierając za te drogocenne rzeczy równowartość 2 paczek papierosów. Śmiałaby się, odjechałaby stamtąd z piskiem opon. 

Jej płaszcz, na deszczu i wietrze rozchylił się, bo brakowało mu guzika. W jego kieszeni za to mieszkało 13 z 20-tu papierosów w paczce. Pewnie by jednego z nich zapaliła, gdyby właśnie nie opuściła rąk, gdyby nie były mokre. 

Nie uniosła oczu, by popatrzeć na okno swojego mieszkania. Pewnie deszcz zapadał jej szyby, a w kuchni lodówka ziała pustką. Taką lodówkę trzeba by napełnić, by nie mieszkało w niej jedynie światło. Z lodówką tak, jak z łóżkiem. Chwilowo zamieszkane, ale rzeczy przeterminowane trzeba wyrzucać do śmieci. Te śmieci trzeba następnie wynieść do śmietnika - pancernej altanki na terenie strzeżonego niczym Mordor osiedla. Te śmieci ktoś potem wywiezie, bóg wie gdzie, na całe jebane szczęście.

Świst w uszach w jednej chwili wrócił jej wcześniej obrany kierunek, którąś drogą da się pójść, choćby tą najbardziej zapadaną, zakałużoną, zbeszczeszczoną. Takie drogi znała. Trochę bolało, gdy po nich szła, ale niemal każdy ból już umiała - gdyby dało się z niego, zamiast z papieru, składać samoloty - te latałyby. PLL LOT mógłby na nich zbudować swoją flotę, a PAŻP zatrudniłby ją na kontrolera lotów.

Zgodnie z algorytmem dyktowanym przez ilość przeżytych lat, po 15 sekundach, pozostawiając na ziemi wszystko to, co tam po prostu upadło, mogła ruszyć dalej.

Oglądając się przez ramię, mogłaby usłyszeć krzepiące: Idź i nie grzesz więcej.

Ale ona tylko poszła.:)

23:14, funfeel
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 kwietnia 2012
Z gór

Pod Giewontem. Ale zaraz wracam. Do spinki, żeby zdążyć. I wiem, że mimo korka na Powązkowskiej i Okopowej, zdążę, będę na czas. Tylko nie wiem, czy warto, czy jest do czego. Zasrany wyścig.

Ale jest cudnie, mam słońce na wyciągnięce ręki, zimne słońce. Wszystko jest zimne, mimo chwilowych wzlotów, mimo mojego śmiechu, uwolnionego gdzieś z trzewii.

Moje sny to nie moja wina. Nie wymyślam ich, same się krzyczą nad ranem, w pokoju nr 8.

Wszystko, co powiedziałam po pijaku, było prawdą. Każde pieprzone zdanie. I za nic nie będę przepraszać.

Mam milion nowych siniaków, tak, jak chciałam. Czuję tylko wtedy, gdy boli. Nie przeszło mi to od dziecka. Nie mam powodu się już cofać.

Emocje, które obudziłam jednej z nocy są jak dotąd nie do powstrzymania.

01:03, funfeel
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2012
Nie biorę

Są takie rzeczy, które ludzie nam dają, a my ich nie bierzemy.

Nie biorę, bo nie moje, bo za długo czekałam, bo nie smakuje, jak powinno, bo darowane zbyt darmo, bo za chwilę i tak się popsuje, nie biorę, bo nie chcę być ci nic winna.

Nie, nie słodzę kawy. Podrzucić cię gdzieś?

Parkuję, drzwi garażu zamykają się z trzaskiem, wjeżdżam windą na górę, zamykam za sobą drzwi mieszkania na klucz. Nic nie mówię - nie muszę.

Ostatnim świadomym ruchem gaszę lampkę koło łóżka. Zasypiam bez proszków, wspomagaczy, bez rytuałów odpędzania uporczywych, wiercących skronie myśli, tak po prostu - ze zmęczenia.

W snach gorzko - zupełnie jak na jawie - tylko bardziej wyraziście widzę, jakby mi ktoś we śnie przetarł oczy ze złudzeń, z czekania.

Rano wraz z budzkiem słyszę własny głos: ocknij się, maleńka, wstawaj. - Już? - Już, prysznic i leć do życia. - Już...

Niektórych rzeczy nie biorę, bo nie bardzo mam coś w zamian, wymieniłam już całą gotówkę na bilon i przepuściłam na automatach...

22:47, funfeel
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 marca 2012
Do ośmiu razy sztuka

Nawet w podwójnych lusterkach, stojąc bokiem, z lewej, z prawej, patrząc z ukosa, spod grzywki i jednym okiem - wciąż widać to samo. Ja się nie uśmiecham, ona się nie uśmiecha. Nie uśmiechamy się.

Nie patrz już w szkło - ani to syntetyczne, ani w szkło swoich oczu. Tam siedzą tak głębokie zadry, że nie sposób je stamtąd wydłubać, nie wydrapując przy tym miękkiej tkanki oka. Niech zatem tam zostaną. I niech przez nie teraz oglądam świat, każdy poranek, nasycony zimnym swiatłem, każdy wieczór, gdy mi się księżyc spomiędzy palców wymyka.   

I nawet, gdy to się wszystko później rozmyje i wykołysze, nawet wtedy, będę musiała przyznać, że nikt nie odżegnał mnie od cynizmu. Nikt mnie go nigdy nie próbował oduczyć.

Gdy ludzie są wilkami, trzeba być prawdziwym skurwielem, by stawić im czoła.

Rosjanie mówią, że nieszczęścia nie chodzą parami, ale ósemkami. Przy dziewiątym nieszczęściu nawet im opadłyby ręce.

Kretynka roku...

 

 

02:33, funfeel
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 lutego 2012
Poker

Znajdując się w okolicach 30-tki, zaczynam zadawać znów bazowe pytania, takie jak: czy Bóg istnieje?

A jak jest ze Świętym Mikołajem? Dlaczego zawsze zostawiał prezenty, gdy byłam na spacerze albo w łazience? Dlaczego nigdy nie odpowiedział na żaden z moich listów? I dlaczego do cholery nie przyszedł do mnie w ostatnie święta?

Myślę, że jeśli ci dwaj istnieją, to siedzą i rżną w pokera, zaśmiewając się z nas do rozpuku.

W poszukiwaniu sensu życia lub też form wyższych, które z pewnością mają na nie wpływ, natrafiam wciąż na absurdy. I na powtarzające się, najparszywsze z możliwych, scenariusze. Rwąca się co chwila wiara w "cokolwiek" bywa jedynie aktem obrony przed świadomością, że wszystko, co mi się przytrafia jest jedynie przejawem chaosu i przypadkowości zdarzeń.

A wszystko zaczęło się, gdy Bóg z Mikołajem siedli do kart. Wspominałam już, że to poker rozbierany? Bóg siedzi w samych gaciach, roztrzęsiony przed ostatnim rozdaniem, gdy gość z Laponii zdjął jak dotąd jedynie czapkę. Ogra go, jak ogrywa miliony dzieci, wierzące w dobrotliwość staruszka. Spójrzmy prawdzie w oczy: ten, kto wchodzi do nas przez komin, przez okno, dziurkę od klucza, po kryjomu, gdy nas nie ma, gdy nie patrzymy, zwykle przychodzi po to, by coś zabrać, a nie podarować.

Czy istnieje Bóg, Święty Mikołaj albo anioły? Nie wiem, nigdy ich nie widziałam. A skrzydła mam ucięte od dziecka.

01:28, funfeel
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Po-niedziałek

Na biurku mam stertę nieotwartych listów: z banku, od ubezpieczyciela, od dostawcy kablówki. Nie otwieram ich, bo nie są elektroniczne. Nie otwieram, bo wiem, co jest w środku, nie otwieram, bo dziś mam to w dupie.

Mróz ściął chodniki do białości, u wybrzeży Nowej Zelandii utknęło stado 90-ciu grindwali, samochód znów do warsztatu, w lodowce dziwna pustka, spam zalał moją skrzynkę na wp, na Saskiej Kępie przez dwie godziny gadali dziś o mnie, sen znów nie przyjdzie co najmniej do północy - taki tam kurwa styczniowy poniedziałek.

Idę obciąć grzywkę.

23:09, funfeel
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2011
Reverse

Wieczorami wybieram się na przejażdżki. Oswajam drogi, zabieram głowie prawo do myślenia o wszystkich niespełnieniach i gorzkościach. Stawiam sobie wyzwania i nie pozwalam odwlekać walk. Jadę.

I pewnie w złości mogłabym wymówić mnóstwo spraw, rozdrapać rany, wyiskrzyć oczy i krzyczeć. Mogłabym, ale skończyły mi się powody. Już nie chcę.   

W środku jeszcze rozedrgana jak membrana, zjadam rzeczywistość, bez soli i masła, od ciężkiego poniedziałku do gnuśnej, przespanej niedzieli. Nikt mi potem nie powie, że tego nie przeżyłam, że mnie tu nie było.

I można byłoby przypuszczać, że żarty się skończyły. Nic podobnego. Dopiero teraz jest się z czego śmiać. Jak z filmu puszczanego do tyłu.

00:52, funfeel
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2011
Insomnia

Nie mogę zasnąć. Nie mogę zasypiać od miesiąca. Tak, próbowałam alkoholu. Tak, próbowałam ziołowych tabletek. Tak, spaliłam blanta. Tak, zmęczyłam się. Tak, oglądałam filmy i czytałam książkę. Tak, chodziłam po mieszkaniu, próbowałam zasypiać w drugim pokoju, tak, wzięłam paskudnego procha na sen, tak, kurwa, modliłam się.

Jak modli się ateista? Tak samo - podnosi głowę do góry, bo jeśli coś zesłało taki smutek, to coś także potrafi go zabrać.

Mówię do siebie. Daję sobie dobre rady, zadaję pytania i odpowiadam na nie, serwuję sobie soczyste reprymendy. Niczego się nie uczę. Jak grochem o ścianę. Fatalna strata czasu...

Moje 50% życia, moja druga droga, to musi być ważne. Sen musi być ważniejszy, niż bieganina myśli, niż karuzela paskudnych skojarzeń, tysiące rozliczeń: moja wina, twoja wina, tysiące razy, gdy nie było ciebie przy mnie i tysiące, gdy nie było mnie przy tobie. Sen jest ważniejszy, niż wszystkie lampki i obrazki, które zapalam i wieszam dokoła siebie. Sen jest ważniejszy, niż 95 decybeli z górką, gdy odkurzam przy rozwalonej muzyce - w niedzielę wieczorem, jak przystało na ateistkę, tę, co próbuje się modlić do czegoś, co z pewnością jest u góry. Nieskładnie, jąkając się i budując skomplikowane zdania w głowie. Sen jest od tego wszystkiego ważniejszy.

Jeśli coś zabrało mi sen, to musi być też taka siła, która mi go zwróci.

01:59, funfeel
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 listopada 2011
Mróz

Mam pisać banały? Że mróz przyszedł, że najpierw wpadł do mnie, żeby mi już skóra spod oczu nie schodziła? Beznadzieja. Ale tak było, bez naginania rzeczywistości.

Zabrałam rower z balkonu, bo mróz, a worek bokserski ułożyłam po prawej stronie materaca w sypialni. Przez tydzień kompulsywnie sprzątałam. Położyłam inne poduszki na kanapie, fotel ma nowy koc, a Teodor, mój chomiczy przyjaciel, ma tyle żarcia, że mu się to w jego małej łepetynie i w tycich policzkach nie mieści.

Rozkręciłam kaloryfery, przygotowuję się na zimę - ta gawra jest moja. Może na chwilę, może na kilka jedynie mgnień, które czasem niepostrzeżenie zmieniają sie w lata.

Mam puste łóżko, pustą połowę szafy, pustę komodę, puste miesjce garażowe, połowa mojej głowy, serca (jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało) jest pusta. I już mi się to moje patetyczne serce powyginało w takie romby i kwadraty, że pewnie nie da rady odzyskać pierwotnego kształtu. Przeinaczona rzeczywistość, którą zbieram za gardło co rano, ściskając je w zaciśniętych dłoniach, oddaje mi noce, podczas których nie daje się zasnąć.

W całym tym jebanym nieszczęściu, maluję wieczorami paznokcie, rano twarz, wyrzucam śmieci, robię pranie i zakupy. A tu ciemno i mróz.

Jedno się nie zmieniło - pieprzona niepewność jutra.

 

00:10, funfeel
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10